Jestem szczecinianką od początku. Nie mogę powiedzieć, że od urodzenia, bo moja Mama z ogromnym brzuchem wsiadła do pociągu i pojechała w rodzinne strony, żeby mnie urodzić. Przyszłam na świat w Puławach nad Wisłą. Dwa tygodnie później wróciłam do Szczecina. Mieszkam od małego dziecka w tym samym domu na Gumieńcach. Dla wielu ludzi jest to niezrozumiałe, dla mnie naturalne. Lubię to miejsce.
Po pierwsze jestem kobietą i jestem z tego powodu bardzo zadowolona. Nigdy nie chciałam być chłopakiem - nie wdrapywałam się na drzewa, nie bawiłam się samochodami, nie wracałam do domu z rozbitym nosem.
Byłam ukochaną córeczką Tatusia, grzecznie bawiłam się lalkami, ubierano mnie najczęściej w sukienki, tańczyłam w balecie i bałam się wszystkiego: pająków, przewrócić na lodzie, zgubić w lesie. Czasami, gdy byłam z rodzicami na grzybach, chowałam się za krzakami i wprowadzałam w stan „siębania”. Wtedy serce waliło mi z całej siły, a w gardle pojawiała się „klucha”. Było to wspaniałe, ekscytujące odczucie!
Zawsze uwielbiałam czytać książki. I to wszystkie, od absolutnej światowej klasyki po najgorszą szmirę. Moja rodzina w Białymstoku i Lublinie zawsze śmiała się, że rozsiewałam po kątach otwarte książki i po tym łatwo było poznać, że przyjechałam do nich w odwiedziny. Książki czytałam po kilka razy tę samą, zresztą dotąd tak robię. Nie mam ulubionych pisarzy, mam ukochane książki, ale jest ich tak dużo, że nie pora teraz o nich pisać. Może kiedyś, przy okazji jakiegoś komentarza.
Kino zawsze mnie fascynowało. Nie tylko filmami, ale atmosferą odświętności. I mimo, że teraz, jak większość widzów, kupuję przed wejściem na salę porcję pop-cornu i kubek Coca-coli, to i tak jest to dla mnie wydarzenie. Niektóre filmy bardzo przeżywam. Po ostatniej (chyba trzeciej?) części „Winnetou”, przez kilka dni nie mogłam chodzić do szkoły, bo bez przerwy płakałam. W końcu Mama nie wytrzymała i, nie ceregieląc się wielce, zaprowadziła mnie tam na siłę. Ale dotąd często płaczę na filmach. Marek, słysząc moje chlipanie, pyta: - płaczesz? Wrrrrr…..
Pisanie o sobie, to jak spotkanie z przyjaciółmi po wielu latach.
Duże sprawy zatarły się, a małe są zbyt błahe, żeby o nich mówić. Należałoby usiąść przy kilku butelkach dobrego wina i snuć długie opowieści przez kilka nocy. Niestety, w wirtualnej rzeczywistości jest to niemożliwe