Dnia 23-09-2009 o godz. 17:21 male misie <misiemale@gmail.com> napisał(a):
> Dotarlismy do bankoku.
> jestesmy wzruszeni, za 3 dolary znalezlismy prawdziwa nore do spania.
> Po 14 godzinach jazdy idziemy spac. jutro rano ruszamy poszukiwac
> biletow do domu. Jesli ktos jeszcze chcialby sie dorzucic, to juz
> ostatni dzwonek.
> Za czapke kazachska jest: 9,90zl PO RAZ PIERWSZY. (Tylko ktos sie
> niepodpisal) Panie Marku zostal Pan prawie dziesieciokrotnie
> przelicytowany. Jak sie Pan nie postara to ze szpanowania przed
> dziewczynami: nici.
> Jestesmy troszke chyba spragnieni do domu. A tu rano spotkalo cos co
> niewiemy jak to zinterpretowac. Kupujac na ulicy smazone na glebokim
> oleju placki, sprzedawca pakujac je nam wyrwal kartke z ksiazki i
> zawinol w nie placuszki. Gdy zglodnielismy i rozwinelismy owe
> placuszki, okazalo sie ze kartka pochodzi ze szkolnej ksiazki do
> angielskiego. I teraz nie wiemy czy to znak zeby wracac szybko do
> szkoly, czy tez pomysl jak wykorzystac nowe podreczniki? Ale zeby nie
> bylo ze Jonasz sie nie uczy rozwiazal wszystkie zadania, tylko sie
> przytym wytluscil.
> ZOSTALY JUZ Z NAMI TYLKO DWA MISIE.
Dnia 22-09-2009 o godz. 15:48 male misie napisał(a):
> Niewiadomoczemu dostalismy wize dzisiaj i to bezplatnie. Chociaz
> ekspres mial kosztowac od sztuki 10 dol. I jeszcze nam dali wize na
> dwa miesiace chociaz bezplatne sa tylko do 14 dni. Pan w okienku
> wreczyl nam paszporty nic niemowiac (choc bylismy nastawieni na
> ciezkie negocjacje) I fajnie. Rano mamy autobus do Bankoku w ktorym
> mamy byc planowo okolo 22.00.
> Dziekujemy wszystkim za wplaty. Mamy uzbierane okolo 1500 zl tj jeden
> bilet.
> Pan Marek rzucil sie jak oszlaly w boj o kazachska czapke i
> zaproponowal 1zl.
> Jesli komputer pozwoli to napisze dzisiaj pare slow o Krolestwie
> Kambodzanskim(zawiesza sie co chwile).
Dnia 22-09-2009 o godz. 8:38 male misie napisał(a):
> Nie wiemy czy smiac sie czy plakac.
> Jestesmy z powrotem w Phnom Penh.
> Juz bylismy po stronie tajlanckiej, juz nas dzielilo pare godzin od
> Bankoku w ktorym mielismy nocowac. A tu okazalo sie ze na tej granicy
> wizy nie daja i trzeba zawrocic do stolicy Kambodzy. Slyszelismy o
> tej sytuacji wiec wczesniej dowiadywalismy sie. We wszystkich biurach
> turystucznych zapewniano nas ze sytuacja sie zmienila od niedawna i ze
> spokojnie mozemy przejechac granice, gdzie zalatwimy wize. Na granicy
> pan mial jakas dziwna liste 37 krajow ktore moga przejechac. Np. bez
> problemu mogli przejechac obywatele Portugali i Niemiec, natomiast
> Polacy i Brytyjczycy wize musza miec wczesniej zalatwiona.
> Jonasz zalamany,"ladne mam imieniny"(wlasnie wczoraj obchodzil).
> Zeby szybko zawrocic musielismy pojechac taksowka 400km, za 25dol gdyz
> juz tego dnia nie bylo autobusow.
> Jest szansa ze dzisiaj dostaniemy wizy, choc chcieli nam dac za trzy
> dni. Jesli pojedziemy drozszym autobusem to jutro w nocy jestesmy w
> Bankoku. Teraz sie naradzamy czy oszczedzac na kasie i jechac stopem,
> czy oszczedzac na bezcennym czasie i jechac autobusem, (bilet do
> bankoku dla nas dwoch 30 dol).
> Kolo 16 miejscowego czasu mamy dostac wizy. Wtedy zobaczymy.
Dnia 19-09-2009 o godz. 4:49 male misie napisał(a):
> Przesiadlismy sie na autobusy, i za chwile jedziemy w strone Ankorwat
> i granicy z Tajlandia.
> Dostalismy listy od trzech osob ktore wlaczyly sie w niewiadomopoco zrzutke.
> Wplacaja tez osoby ktore juz wczesniej wplacily. Tak jak pisalem
> wczoraj niechcielibysmy by caly ciezar braly na siebie pojedyncze
> osoby, fajnie jakby wiecej osob wlaczylo sie malymi kwotami. Wszystkim
> dziekujemy.
> Danusia przypomniala zabawe sprzed 2 lat, gdy jechalismy przez Syberie
> i Jonasz meczyl mnie o kawaly. Wtedy wiele osob pisalo je dla niego
> Co do pamiatek. To wczoraj znalezlismy rzecz niezwykla. KAZACHSKA
> CZAPKE. Lezala sobie jagdyby nigdy nic na ulicy. Czerwona, welniana z
> pomponem i zrobionymi z guzikow oczkami. Dokladnie rozjezdzona przez
> motory i samochody w doskonalym stanie. Gdy ja podnieslismy wyszedl z
> niej karaluch z taka obrazona mina jagby mowil:""Taki fajny domek
> mialem."
> Takie skarby tu mozna znalesc. Wystarczy wybrac sie na wycieczke.
> Czapka jak marzenie. Panowie w takiej czapce kazda kobieta zawami sie
> obejrzy. Cena umowna. Proponujemy licytacje.
Dnia 18-09-2009 o godz. 7:14 male misie napisał(a):
> Phnom Penh stolica Kambodzy18.09.2009
> Za nami kraina wujaszka Ho Chi Minha ktory usmiecha sie z wielkich
> plakatow, czule pozdrawia, przytula dzieci, umacnia zolnierzy, wspiera
> wszystkich ktorzy pracuja dla wspolngo dobra i socjalistycznej
> ojczyzny. Szczegolnie polnoc jest gesto przyozdobiona slodkim
> wujaszkiem. Ale jesli chcielibyscie go spotkac wcale nie musicie
> jechac na polnoc, nawet do Wietnamu nie musicie jechac. Wujaszek Ho
> zawsze byl sprytny(wielokrotnie umykal pogoniom, wychodzil z roznych
> opresji, zmienial tozsamosc, przebieral siei), tym razem tak nas
> umilowal by byc znami w kazdym zakatku swiata, wskoczyl na szyldy
> popularnego gastronomicznego przedsiebiorstwa i przybral nowy partyjny
> pseudonim. Tak, tak wczoraj Ho Chi Minh- dzisiaj KFC. I jak zawsze
> jest taki dobry.
> No i Sajgonki! Jedne sa bardzo smaczne inne sa bardzo ladne.
> Oposcilismy goscinny Sajgon i jeszcze bardziej goscinny dom Renaty i
> Macieja.
> Do zakonczenia wizy pozostal nam jeden dzien wiec do granicy z
> Kambodza udalismy sie autobusem. Juz zblizajac sie w okolice granicy
> ze z delta Mekongu (ktora mielismy udac sie do Kambodzy) to nie
> przelewki. Mniejsze i wieksze rzeczki panowaly w krajobrazie, atobus
> przejezdzal mostem i plynol promem niejedna rzeke. W przygranicznym
> miasteczku Chao Doc poczulismy sie jak w domu, no moze naszym
> pszyszlym domu. Tu mielismy flating market, my juz niedlugo w
> Szczecinie tez bedziemy sie bujac w plywajacych ogrodach. Informacja
> o naszej lodzi byla tradycyjna, czyli nie zawiele sie dowiedzielismy.
> Oprocz tego ze wybralismy wariant "slow"" czyli najtanszy i ze
> kambodzanskie wizy wyrobimy gdzies na wodnym posterunku i tam sie
> przesiadziemy w inna lodz, wszystkie inne informacje bylu metne i
> niejasne, czyli wszystko bylo w porzadku.
> Podluzna ludz, zadaszona, z krzeslami ustawionymi jak w trawaju, dluga
> na 6m, kierowana przez kapitana kierownica ktora wczesniej sluzyla w
> jakims azjatyckim starze zabrala nas i 6 brytyjskich turystow. Ale bym
> zapomnial! Na rufie (uzywajac fachowej terminologi) stala urocza budka
> zwana:kibelkiem(uzywajac wachowej terminologi). Mala , slodka,
> niebieska. Ktos przez roztargnienie zapomnial wyciac serduszka, ale
> pstawil piekna muszle kolyszaca sie w rytmie fal. Niezapomniane chwile
> slodki szum i piekne widoki przez szpary owej budki. Az chcialo sie
> czekac tam na zachod slonca.
> Juz od poczatku podpadlismy bo krecac sie po naszej wodnej taksowce to
> do przodu to do tylu i zamieniajac sie miejscami psulismy
> jakis"balans". W ten sposob w zyciwym dorobku rzeczy ktore zepsulem
> moge dopisac : balans. "Wszystko zepsujesz, nawet balans".
> Nie sposob jednak bylo sie niekrecic pomijajac tradycyjne
> wytlumaczenie; robaki i nowoczesne; ADHD, tym razem do krecenia
> zmuszaly nas widoki. Domy wysoko na palach i calkiem niskie do ktorych
> wchodzilo sie prosto z lodzi, porzadnie zbudowane i sklecone z
> kawalkow blachy, niekiedy tylko na malych platformach rozciagniete
> plandeki dawaly schronienie od slonca i deszczu, a rozwieszony hamak
> kolysal spiacego tubylca. Wielkie statki i barki, male lodki i
> czolenka z wyjacymi silnikami i popychane dziarsko wioslami. Mlodzi
> chlopcy(na wagary), rybacy(do pracy), matki z dziecmi ( wiozly je do
> szkoly), staruszki w tradycyjnych stozkowych slomianych kapeluszach (
> wracaly z kolka rozancowego) wszyscy dziarsko wywijali wioslami.
> Wietnamska czesc naszej rzecznej drogi wiodla przez rolne uprawy.
> Dziwne rosliny ktore widzielismy wczesniej na targach porastaly
> brzegi, hodowcy dogladali je brodzac po pas, po szyje. Ustawione
> siatkowe zagrody zamieszkiwaly najrozniejsze mieczaki. Widok naszej
> taksowki odrywal taplajacych sie w pracy rolnikow i wystajace z wody
> glowy sledzily nasza podroz z zaciekawieniem. Wielkie czarne powolne
> bawoly w namaczaly swe cielska w towarzystwie brodzacych bielutkich
> smuklych ibisow i wcale ich melancholijnej zadumie nieprzeszkadzaly
> golusienkie maluchy z wrzaskiem sie taplajacyce, gdy ich mama wlasnie
> urzadzala pranie.Tylko kury przejawialy wstret do wody i z cyrkowa
> zrecznoscia ja omijaly spacerujac po niewielkich kepach suchego ladu.
> Kurka wodna!
> Raz wyplywalismy na otwarte wody rozlewiska, tak ze z trudem bylo
> widac drugi brzeg innym razem ludz sunela kanalami utworzonymi przez
> wystajace z wody drzewa, domy i zagrody dla kaczek.
> I tak plynelismy sobie w gore Mekonku jak niegdys kapitan Willard i
> tylko nikt do nas niestrzelal nie liczac silnika ktory halasowal jak
> karabin maszynowy i dzieciakow ktore nawolujac tradycyjnym azjatyckim:
> "hellolhellolhellol" posylaly za nami kamienie. Zastanawialem czy nie
> wyslac im jednego z naszych/waszych miskow, ale nie wiedzac czy
> potrafia plywac, zrezygnowalem z tej wymiany. Troche szkoda. Moze to
by byla piekna wojna na misie. Moze bysmy byli prekursorami nowego
> sposobu prowadzenia wojen. Wyobrazacie sobie armie obrzucajace sie
> pluszakami. Mimo wszystko dobrze ze juz niema Armi Czerwonej, bo gdyby
> ci uzywali swych koszmarnych socjalistycznych zabawek, jakis
> miedzynarodowy trybunal musial by je zakazac jako bron niehumanitarna.
> Na co amerykanie odpowiedzieli by lalka Barbi. Stop. Nie bedziemy
> zaczynac. Kto misiem wojuje... jeszcze zycie nam mile.
> Plynelismy i plynelismy i rozbolaly nas siedzenia od twardych siedzen.
> musielismy juz dlugo plynac bo wskali bolacych siedzen osiagnelismy
> poziom: wysoki i wszystkie zapasy przygotowane przez Renate znikly w
> naszych zaladkach, a Jonasz z 70 razy powtorzyl:"Daleko jeszcze?". Gdy
> nagle pociemnialo niebo i zaczol lac deszcz. Wielkie lansko
> przepedzilo male lodki do domow. A my plynelismy nie wiadomo jak do
> przodu, choc momentami nic nie bylo widac na pare metrow, fale zaczely
> nami kolysac a z dziurawego dachu lala sie na nas woda. Woda pod
> nami, nad nami i wokolo nas. Nasz "Czas apokalipsy" zakonczyl sie na
> granicznym posterunku. W strugach deszczu waska chybotliwa kladka z
> plecakami przeskoczylismy do wybudowanego na wodzie posterunku,
> gdzieprzeczekalismy monsunowy deszcz i dostalismy kolejna wlepke do
> paszportu. Tym razem: KINGDOM OF CAMBODIA. Kambodzanska lodka powiozla
> nas dalej w gore rzeki. Brzegi bardziej dzikie, w wioskach przy
> brzegach stada bialych garbatych krow ktorych w Wietnamie nie
> widzielismy. Tu wystepuja masowo. Wystepuja w tradycyjnym krowim
> repertuarze mucza, patrza swymi wielkimi krowymi oczami i produkuja
> opal na chlodne dni. Nad dzungla zloca sie wiezyczki buddyjskich swiatyn.
> ahoj Jonasz i Romek z misiami niedoszlymi pociskami
Dnia 14-09-2009 o godz. 5:50 male misie napisał(a):
> Sajgon 14.09.2009
> Jadac do danego kraju zawsze solidnie sie przygotowujemy, zawsze
> zbieramy powaznie informacje na jego temat. Nie inaczej bylo z
> Wietamem. Przed laty bedac w stolicy, stolicy Polski, Warszawie.
> Zdarzylo mi sie zglodniec. Zreszta w niejednej stolicy to mi sie
> przydazylo. Wraz z kolega Piotrem (tym samym co na nasze wycieczki
> dostarcza nam przeterminowne slodycze) udalismy sie do najwiekszego
> "wietnamczyka" w stolicy mieszczacego sie na pl.Zbawiciela.
> Spodziewalismy sie po "wietnamczyku" zaspokojenia naszego glodu.
> Niezawiedlismy sie, choc bar okazal sie nieczynny tego dnia, choc byl
> czynny tzn drzwi byly otwarte znaczy niezamkniete. Stoly zamiast
> dzwigac talerze z potrawami uginaly sie pod kartonami z ktorych to
> byli kelnerzy i byle kelnerki wyciagaly i rozwijaly ze slomy i
> umieszczli na scianach dziela sztuki. Dziela pozornie wygladaly jak ze
> straganu z pamiatkami w nadmorskiej miejscowosci, ale nasze fachowe
> oko rozpoznalo ze pochodza z wietnamskiej hurtowni dziel sztuki. Do
> dzis zachodzace slonce na obrazie wietnamskiego pejzarzysty nie zaszlo
> w mej pamieci, do dzis serce zywiej bije gdy przypomne sobie dziwczyne
> przy studni pieknie slomkami wyklejona na makatce. Wernisaz.
> Trafilismy na wernsiaz wietnamskiej sztuki. I pomimo ze wietnamczycy
> sa nie wysocy trzeba ich podziwiac za sztuke wysoka. Krotkie nasze
> wyjasnienie "ze robie w kultrze, a kolega w sztuce", pozwolilo nam
> wziazc udzial w tym donioslm wydarzeniu. Kultularnie zajelismy miejsce
> blisko bufetu. Tu nalezy podkreslic ze Wietnamczycy o kulture dbaja.
> Czym dali wyraz z nieprzebrana iloscia nasmazonych sajgonek i dzbanami
> piwa. Jako ze jestesmy kulinarni tzn kulturalni, nie moglismy zasmucic
> tak kulturalnych gospodarzy i aktywnie wzielismy udzial w wernisazu.
> Byc moze nawet bylismy najaktywniejsi i najkulturalniejsi. Nie wszyscy
> sa jednak tak kultularni i nie potrafia sie zachowac, i gdy tak
> kultularnie spedzalismy czas jakis niekultularny typ z ministerstwa
> kultury zaczol nam przeszkadzac i do mikrofonu zaczol sie zwierzac:
> "ze on, ze on zawsze, ze on ceni, ze go taka szuka zawsze". Na
> szczescie po nim mikrofon przejol ambasador i w krotkich slowach
> uspokojil nas ze" na ostatim zjezdzie partia potwierdzila wazna
> zadania artysty w naszym kraju". Bardzo. Badzo mi sie ten kraj sie
> spodobal.
> Drugi kontakt z Wietnamem to gdy pobieralem lekcje wietnamskiego.
> W Szczecinie znajduje sie budka w ktorej sprzedaje sie wegetarianskie
> jedzenie. W budce pracuje Pani. Pani pochodzi z Wietnamu.
> -Danie dnia poprosze.
> -Baldzodobla. Baldzodobla. - po dluzej chwili dodaje- Co podac?
> -Jest zupa curry?
> -Baldzodobla
> -To poprosze
> -Nie ma.
> -Ile place
> -Baldzodobla.
> Tak nauczylem sie wietnamskiego. Jeszcze nie do konca wiem kiedy ktos
> oznajmia a kiedy pyta Czy pytanie to jest gdy ktos mowi:"Baldzodobla",
> czy bardziej "Baldzodobla"
> Tak wiele wiedzac o Wietnamie i doskonale znajac jezyk znalezlismy sie
> ...gdzie? W Wietnamie? Baldzodobla!
> Wietnam przejechalismy z gory na dol. Oczywiscie stopem. Jako ze
> samochodow jest tu nie wiele,zwlaszcza na polnocy (od chinskej granicy
> do Hanoi)szlo nam kiepsko. Ale pozniej coraz lepiej dawalismy sobie
> rad. Wiekszosc miejsca na drogach zajmuja motory. I motory zajmuja sie
> praktycznie wszystkim. Sluza za taksowki ktrore podobno nazywa sie
> "przytul sie", jako ciezarwki, mozna przewiezc beczki, drabine, stado
> kaczkek, palme, wielkie bryly lodu, drzwi, bele mterialu, wielodzietna
> rodzine, trzy swinie, slyszano o takich co nawet przewozili tescowa.
> Motor sluzy do randkowania. Tak wiec jadac rozklekotanymi
> ciezarowkami, mazylo nam sie pomknac na takim motorku. I jak mowi
> ludowa madrosc:"Mazysz i masz" Gdy wedrowalismy przez niewielka
> miejscowosc zatrzymal sie mloda Wietnamka i zaproponowala ze podwiezie
> nas do glownej drogi. Dziewczyno nie dasz mi rady -mysle sobie. Ale
> odpedzac niemam sumienia skoro dziewczyna chce tak pomoc. Po chwili
> zatrzymal sie pomocny dziadek. I gdy pomocni naradzali sie gdzie nas
> zawiesc, ja staralem sie przypomniec jak nazywaly sie te motorowe
> taksowki. Czy to bylo "chwyc mnie mocno" czy "nie puszczczaj sie
> mnie". E, z taka kierowczynia, na pewno sobie poradze. Zakladam plecak
> by zajac miejsce, a tu... miejsce moje juz zajete. Jonasz wepchal
> sie. Probuje tlumaczyc ze bezpieczniej jak pojedzie z kims starszym,
> bardziej statecznym, bardziej doswiadczonym. Tato nie jestem taki
> maly, dam sobie rade. "Ale moje miejsce...?!"
> Gdy minelismy Hanoi, przypomnielisy sobie ze wyjezdzajac ze Szczecina
> naskrobalismy na kartce: HANOI. Co musielsmy natlumaczyc sie gdzie ta
> Hanoia jest, i z powodu iz od tlumaczenia rozbolaly nas jezory, za
> Lublinem umiescilismy owa kartke w smietniku. Ale skoro zobaczylismy
> naznaku drogowym taki sam napis jaki widnil na naszej s.p. kartce,
> zapragnelismy uczcic ten piekny zbieg okolicznosci. Wygrzebalismy
> ostatnie przeterminowane slodycze i udalismy sie nad
> poludniowochinskie morze, by w egzoticznych okolicznosciach swietowac.
> Okolicznosci wydawaly sie sprzyjajace. Smutek tropikow czyli
> opuszczona powkacyjna nadmorska wioska. Opustoszale restaracje z
> dziurawymi slomianymi dachami, w ktorych poskladane w wieze plastikowe
> meble szykowly sie do zimowego odpocznku, piekna won oleju do smazenia
> ryb, a z tym jak juz starozytni zauwazyli ze im starszy tym lepszy. To
> sfora psow popedzi, to tlusty szczur przebiegnie. Jakas zablokana para
> w blasku ksiezyca smutno rozmawia. Ona lzy w oczach, bo albo on ja,
> albo ona jego zostawiala (jeszcze tak dobrze nieznam wietnamskiego)i
> tak jej bylo smutno. On zdaje sie powtarzal:Baldzodobla. Wydawalo sie
> ze lepszych okolicznosci do uroczystego spozycia nie znajdziemy. Juz
> zupka chinska dymi, juz napoje nabyte, juz zaczynamy szelescic
> papierkami od slodyczy... a tu sfora burkow wokol nas taniec z
> ujadaniem rozpoczela. Juz burki przegnane, juz gratuacje sobie
> zlozylismy, juz reka siega do plecaka... a tu mlodziez po lekcje
> angielskiego przyszla. GOOD BYE na pierwsza lekcje wystarczy, nie
> wolno przesadzac z iloscia materialu, bo uczniowie moga sie
> zniechecic. Wreszcie sami, zaraz imprezke zaczniemy, wreszczie beda
> wytsknione slodycze... a tu pan, pan co po nocy spac niemoze,
> pogadalby sobie, zaprzyjaznil by sie. Blagam, nie dzisiaj, przyjdz
> jutro, jutro slyszysz! Jutro sie pobawimy. Dzis chcemy byc sami, jeden
> raz, ten jeden raz. Wiesz, zrozum jestesmy zmeczeni, w ciagu ostatnich
> paru dni zrobilismy pare kilometrow. Prosze! Nic nie pomaga. Dobra
> Jachu, udajemy ze go niema. Tubylec tak pragnol zaprzyjaznic sie z
> nami ze kucnol przy nas i caly czas nawija. W koncu gdy popiul z jego
> papierosa wpadl do zupy niewytrzymuje, biore pragnacego przyjazni za
> ramie i odprowadzam pare metrow dalej. W nim pragnienie bylo jednak
> tak ogrone ze zaraz powrocil. Wiec pomylalem ze zle akcetuje, wiec
> mocnieszy akcent polozylem na jego ramie. Ale pomio akcentowania
> mocniejszego facet w kolko powracal. Do cholery, to jakis bumerang.
> Czy mysmy sie nie rozpedzili i do Australi nie dojechli, ciekawe jak
> my stad teraz wrocimy. Jonasz widzac jak przyjaciel podskakuje za
> kazdym razem gdy go wyprowadzam, podskakuje i krzyczy: Tato, Tato zrob
> jak Obeliks z rzymianami! Naryswalem na ziemi kreche i wytumaczylem mu
> ze nie wolno mu jej przekroczyc. I tak uczcilismy nasze dotarcie do
> Wietnamu. Romanticznie i egzoticznie. Z rozlanym piwem (podczas
> wyprowadzaniem przyjaciela) ujadajacymi psami, przygladajcemu sie nam
> za kreski przyjacielowi( caly czas musialem go pilnowac, bo wkazywal
> stala aktywnosc do zlamania granicy) iz kasajcymi komarami. Warto bylo
> tyle jechac niwiadomopoco.
Dnia 13-09-2009 o godz. 17:16 male misie napisał(a):
> Nie tylko rozklekotane ciezarowk, wytrzasajace brzuszyska na
> wybojistych drogach, nie tylko pyl i kurz oblepiajacy cialo w upalym
> sloncu w ktorym brak kawalka cienia, plecaki wbijajace sie w spalone
> ramiona, rozwalajacy glowe ryk motrowch klaksonow. Nie tylko marzenia
> o zjedzeniu kawalka chleba z serem. Nie tylko. Wycieczka to nie tylko
> ciezkie chwile. Czasmi mozna trafic do .... "Niebo" mruczal Jonasz
> wypchanymi ustami. Dom Renaty, Macieja, Oli i Szymona. Polski (a nawet
> szczecinski)dom na koncu swiata, a nawet w Sajgonie. To tu poczulismy
> przedsmak nieba. Kakalo, swieza buleczka (to ona wypychala buzie
> Jonasza) z serem, jajecznica na masle. I wygodne spanko. Kawalek
> nieba miesci sie w Sajgonie.
> Chyba jestem wstrentnym materialista, bo od razu lepiej sie czuje!
> powiedzial Jonasz gdy zobczyl pierwszy list z deklaracja wplaty na na
> nasz bilet do domu.
> Siedem osob zglosilo sie na nasz apel, dwie juz nawet wplacily.
> Wiekszosc to te same osoby, co w latach ubieglych.
> Szanowni Panstwo! Wielebne grono sledzacych niewidomopoco wycieczke
> nasza. Wspoltowarzysze podrozy.
> Zmuszeni jestesmy, jeszcze raz was poprosic o aktywniejszy udzial w
> naszej wycieczce i odjecie sobie od ust dwoch, no moze trzech piw i
> wybranie sie do najblizszego odzialu citibanku. Szczegolnie na taka
> wycieczke namawiamy tych ktorzy jeszcze tam nie byli. Kazda kwota
> (okolo trzysta osob odbiera nasze listy) nawet najmniejsza jest wazna.
> Co roku slyszymy:"Chcialam/em wplacic, ale myslalem/am ze wy jeszcze
> jestescie w drodze i jeszcze zdaze, ale w takim razie zapraszam na
> piwko." Jest okazja zeby przelac to piwko teraz, czyli wziazc udzial w
> zrzucie NIEWIAOMOPOCO.
> Mama Jonasza niewiezac w mozliwosc powrotu lotniczego zrozpaczona
> wzywa: "wracajcie ladem!". Jonasz: "Do Australi mamy juz calkiem
> blisko." Powrot ladem zajela by ze trzy tygodnie (najdluzej wyrobiene
> wiz) wiec ze wzgledu na slabe poczucie humoru szkoly, raczej odpada.
> Pojutrze ruszamy z Sajgonu. Przez Kambodze do Bankoku.>
> W trudach i znojach niewiadomopoco wsparly nas:
> Gosia Maciewicz Whitmore i Ala Mucha. Badzo dziekujemy
> Wieczorem opiszemy nasz wietnamskie niewiadomopoco.
> Jonasz wypchany (bulka) i Romek
Dnia 6-09-2009 o godz. 11:42 male misie napisał(a):
> Lao Cai ktorys tam
> No to my sa juz w Wietnamie.
> Wlasnie przekroczylismy granice, i rozpoczynamy nasza droge na
> poludnie do Sajgonu.
> Trzy osoby zadeklarowaly chec dorzucenia sie do biletu.
> Agnieszka Tomaszewska jakis czas temu juz wsparla nasza wycieczke.
> Dopiero teraz doszla do nas ta informacja. Dziekujemy.
> Im bardziej jedziemy na poludnie tym wszelkie robaki i te biegajace i
> latajace i pelzajace. Sa coraz wieksze. Jonasz uwaza ze wszystkie
> komary i muchy specjalnie sie naniego uwziely, stale podskakuje i
> wywija konczynami i pokrzykuje:"aj aj". Miejscowi biora to za tance i
> z uznaniem kiwaja glowami i bija brawo. Postanowilismy ze
> niepojedziemy na Anktartyde. Tam na calkowitym poludniu, insekty maja
> napewno monstrualne wielkosci. Ale moze to by byla frajda zdzielic w
> lep takiego komara wielkosci krowy? Jeszcze pomyslimy. Tylko skad
> zalatwic taka wielka gazete?
> Roztanczony Jonasz i romek z podrozy.
Dnia 4-09-2009 o godz. 7:17 male misie napisał(a):
> Kunming 04 09 2009
> Jonasz jeszcze spi , (i niestety moze przespac caly dzien) ja niestety
> ze zmeczenia nie pospalem i wybralem sie na spacer. Na placu przed
> hotelem manewry. Armia staruszkow szykuje sie do wojny. Przy muzyce z
> przenosnego magnetofonu pod przywodctwem starszego ranga staruszka
> walczy z jakims niewidzialnym wrogiem. Wywijaja konczynami, robia
> uniki, zadaja ciosy. Po pewnym czasie wrog musial zatakowac wieksza
> sila, bo staruszkowie siegneli po orez. Mieczo szpady z uwiazanymi u
> rekojesici czerwonymi szarfami, groznie polyskuja i tna powietrze. O
> Pani w drugim szeregu, za szybko i nierowno wywija. Prosze trzymac
> tempo z reszta odzialu. A Pan czemu sie tak kolysze na jednej nodze,
> zaraz sie Pan wywroci. Proszem Pana! Niech Pan uwaza, zaraz oko sobie
> Pan wybije.
> Ostatnie dni wymagaja troszke dluzszego opisu. Nie mamy sily i czasu.
> Najwyzej po powrocie umiescimy maly opis.
> Dzis tylko wspomne o jednej z trudnosci. Wiadomo trzeba sie jakos
> dogadac. Kierowcom zdarza sie wpasc na pomysl zadzwonic do kogos, o
> kim mysla ze mowi po angielsku. Zwykle po glosie rozpoznaje mlode
> ladne dziewczyny. Pewnie kiedys na randce powiedzily ze znaja
> angielski i teraz kierowca chce je wykorzystac. Po dwoch
> grzecznosciowych zdaniach piekne chinki przechodza na chinski. Czasami
> przetykaja angielskie slowa z chinskimi. Zadaje pytanie dokad jedzie
> kierowca. Zaczynaja grzecznosciowe formulki od poczatku. Nie wylaczony
> silnik halasuje. Do kierowcy podchodzi jakis przechodzien i gadaja
> krzyczac do siebie. Piekna tlumaczka pieknie sie powtarza. Prosze
> Jonasza zeby pomogl, ale ten sie hichra. Konczymy rozmowe, pdaje
> telefon kierowcy, ten chwile cos tlumaczy tlumaczce i znow dostaje
> telefon. Powtarzamy te same zwroty, coraz glosnie, nie to nie jest
> zdenerwowanie, wogole nie jestem zdenerwowany, jestem spokojny.
> Jeszcze nigdy misie tak milo nierozmawialo z tak mila dziewczyna.
> Chyba poprosze ja o numer telefonu. Gdy wylapuje slowa ktore rozumiem
> i maga cos wyjasnic "yyy drajwer..." pada cos co daje wiele mozliwosci
> interpretacji. Cos co moze byc " tu auers"(przypomina to cos dwie
> godziny), lub "drajwer tauer"(kierowca wieza?). Jonasz krzyczy;"Power!
> na pewno chodzi jej o: power." I bez tego wiem ze kierowca ma power.
> Po namysle Jonasz dodaje; "Nie to bardziej brzmi na : Kramer. Kierowca
> to Kramer i zbiegl z wiezienia." Bardzo smieszne - Jonasz dostaje w
> ucho. nastepnym razem Ty rozmawisz. Teraz jak Chinczyk wyciaga telefon
> od razu uciekam z krzykiem.
> Ale Jonasz tez niema latwo. Stale dostaje ciastka i bulki (takie
> dmuchane plastikowe) nie moze juz nanie patrzec. Nie wiadomo co z nimi
> robic. Do jedzenia sie nie nadaja, przynajmniej nie w takich
> ilosciach. Gdy dostaje kolejne bulki, ze lzami w oczach, cedzi przez
> zeby blagalnie: "ZIEMNIAKA!!!".
> Czas goni nas nieublaganie.
> Wlasciwie go nie mamy. Kasy zostalo na jakies dwa dni zycia w miescie.
> Jutro gnamy dalej, jesli Jonasz sie obudzi.
> Szkoda nam troche. Bo pomimo ze na wiejskich drogach ktore
> pomylilismi, bylo ciezko bylo tez niesamowicie. Pobladzilibysmy sobie
> jeszcze troche, ale Mama niepozwala i grozi nam szkola. Szkoda, mamy
> nadzieje pomylic w zyciu jeszcze nie jedna droge, jeszcze troche
> pobladzic i ladnie sie zgubic. Czego i wam zyczymy.
> Jak tu teraz wrocic. Po naradach stwierdzilismy ze trzeba dostac sie
> jak najszybciej tam gdzie sa najtansze bilety lotnicze w okolicy czyli
> do Bankoku. Gnamy przez Wietnam( maly przystanek w Sajgonie) wiza
> wietnamska konczy sie nam 16 tego. Dalej przez Kambodze (wize mozna
> dostac na granicy), planujemy Kambodze przeskoczyc w 3 dni. I
> Tajlandia.
> W zwiazku z tempem jakie musimy sobie narzucac i brakiem kasy by
> wjezdzac do miast, cos wiecej bedziemy mogli napisac w Sajgonie.
> Czasami na jakiejs stacji benzynowej znajdujemy internet to bedziemy
> podawac gdzie jestesmy.
> Nadszla chwila gdy musimy poprosic was o pomoc w zakupie biletu.
> Tak jak w ubieglych latach robimy zrzutke. Jesli ktos moze, jesli ktos
> sie deklarowal to juz pomalu mozna. Moze nie koniecznie dzis
> wplacajcie, lecz jesli ktos moze to niech napisze mejla. A moze
> znalazlby sie sponsor na bilety z Wietnamu?
> My do jutra (wasza piata rano) bedziemy miec dostep do internetu.
> Z gory za wszelka pomoc: sje sje (jak widzicie w chinskim robie
> ogromne postepy)!
> Jonasz i Romek cudownie zagubieni z misiami
Dnia 3-09-2009 o godz. 18:52 male misie napisał(a):
> Niewiadomoniewiadomopoco masz swoje niewiwiadomopoco krzyczal Jonasz.
> Zdarzalo sie uslyszec nam blyskotliwe pytania typu : Co jedliscie
> najlepszego? Ktory kraj byl najfajniejszy? Co wam najbardziej sie
> podobalo? Jesli ktos prowadzi rankingi, to moze sobie umiescic w nich
> w rubryce najciezych dni; te nasze ostatnie. Ale niezalujemy. W
> skrocie: pomylilismy drogi i jechalismy taka prowincja, niemam sily
> pisac.
> Dotarlismy do Kunmingu. Jedniodniowy odpoczynek i gnamy dalej. "Malo
> czasu.Kruca bomba"
> Sproboje jutro cos skrobnac.
Dnia 14-08-2009 o godz. 12:48 male misie napisał(a):
> zaczely sie atrakcje. przeszlismy granice z Kirgizja na przeleczy
> Turugardzkiej. Okazalo sie ze Chinczycy wpuszczaja tylko z biurem
> turystycznym. Ta przyjemnosc kosztuje 150 dol. Pomysl jest taki zeby
> czkac na turystyczne wycieczki i znimi sie zabrac. To jest tylko 130
> km. Niestety przez dwa dni granica bedzie zamknieta i nic nie bedzie
> jezdzilo. Sami niewiemy czy wydac kase, czy czekac. do kirgizji wrocic
> nie mozemy. chyba bedziemy czekac. Z przeleczy na 3600m romek i jonasz
> jesli cos bedziemy wiedziec odezwiemy sie zaraz.
Dnia 11-08-2009 o godz. 15:50 male misie napisał(a): Karakol 11.08.2009
> Szanowni czytelnicy. Jestem okropnie umeczony, duzo maszerowalismy, a
> dodatkowo komp szaleje zawiesza sie i klawiatura zacina i zamykaja
> kafejke. Zaczolem pisac ostatnio w Biszkieku, ale Jonasz tak marudzil
> ze niedokonczylem(czy jak ja pisze, to ktos moglby sie nim zajac, moze
> Babcia, wszystko juz przeczytal i niedaje mi popracowac).
> Jestesmy w Karakol. W poruwnaniu z droga ktora wiodla wzdluz jeziora i przypomina Miedzyzdroje w sezonie, Karakol to opustoszale miasteczko
> gdzie kreci sie paru zachodnich turystow wyruszajacych dalej w gory.
> Jest za to fajny meczet chinskiej mniejszosci Dunganow, przypominajacy
> pagode. Objezdzamy do okola jezioro Issyk-kul. Za dwa dni powinnismy
> byc na chinskiej granicy lub nawet w Kaszgarze. Tam bedzie nasz
> ostatni internet przed Lhasa(ladnych pare dni). Nikt nas
> nienaprowadzil na Kajlasz. Pawel, Kryzys, Przemek jestescie tam?
> Ostatnia noc spedzona na polu pelnych narzutowych kamieni. Z
> wydrapanymi przez pierwotnych ludzi rysunkami kozlow, wielbladow, scen
> polowan. Jonasz tez chcial drapac bo mowi ze jest pierworodny.
> Polecilem mu zeby sie sam podrapal.
> Korzystajac z okazji chcialbym opowiedziec o wrazeniach z pierwszych
> dni naszej wycieczki.
> Zwykle pozywiamy sie korzystajac z zaproszenia kierowcow, w
> puzniejszych dniach wycieczki korzystamy z zabranych z ojczyzny
> pieniedzy by wymienic je na cos do jedzenia, lub korzystamy z zelznych
> zapasow zabranych z domu. Pierwsze dni jazdy przez Ukraine i Rosje
> przez pare dni (co nigdy sie nie zdarza) praktycznie nikt nas niczym
> nie poczestowal. Trzeba bylo siegnac do zapasow zabranych z domu.
> Przed wyjazdem Agnieszka poinformowala mnie ze pokupowala Jonaszowi
> jedzenie. Ja tez cos zapakowalem do swojego plecaka. Gdy przyszedl
> czas naruszenia naszych zapasow. Zagladam do plecaka Jonasza, a tam...
> niezawiele znalazlem. Mama mowila ze kupila jakies batony -mowie do
> Jonasza. Kupila, ale zjadlem je przed wyjazdem. Bardzo dobre byly.
> Gdzies w okolicach Krasnogradu pakujac plecaki do bagaznika zobaczylem
> otwarty karton czekoladek. Jadac caly czas myslalem o czekoladkach w
> jasnoniebieskich papierkach. Wyciagajac plecaki przelamalem swoja
> niesmialosc i zapytalem czy mozemy poczestowac sie po jednej. Facet
> usmiechnol sie i sypnol ze dwie garsci i jeszcze dwie czekolady
> dorzucil. Jeszcze nie odjechal gdy pierwsze czekoladki znikaly jedna
> za druga w naszych ustach. Niektorzy pamietaja nasze spotkanie sprzed dwoch lat z rosyjskimi czekoladkami ktore tlusta masa obklejaly nasze
> buzie i probowalismy je wypluc, co nie bylo latwe bo na przeciwko
> siedziala pani ktora nas nimi poczestowala. Tym razem czekoladka
> dalismy rade blyskawicznie. Widocznie powinna byc zalaczona do wyrobow
> czekoladowych w Rosji instrukcja: Uwaga! Najlepsze do spozycia po paro
> dniowej glodowce. Nastepny samochod, nastepny bagaznik, a w nim cebule
> i pomidory. Gdy stojimy przy drodze z pomidorami i cebula w reku
> Jonasz mowi zebym zatrzymal teraz jakis samochod z chlebem. Malzenstwo
> ktore nas wiozlo po paru minutach jazdy wrecza nam cieply bochenek
> chleba. Jakie jeszcze masz zyczenia? pytam Jonasza. Jak tak dalej
> pojdzie to otworzymy sklep spozywczy. Nastepny kierowca zabral nas do baru. Pirozki, herbata, napoje i lody.
> > Jonasz i Romek z misiami zyczy smacznego
Dnia 7-08-2009 o godz. 12:41 male misie napisał(a):
> Czy ktos obyty w wyszukiwaniach internetowych, moglby poszukac
> najtanszych lotow do jakiegokolwiek miasta w Europie. Preferujemy
> Wieden. Z Hanoi z Wietnamu i z Bankoku. Szukamy drogi powrotnej.
> Podobno duzo tansze sa bilety z Tajlandi.
Dnia 7-08-2009 o godz. 12:05 male misie napisał(a):
> Biszkiek stolica Kirgizji 07.08.2009
> Czy wasz ulubiony stolek do pierdzenia w stolek rozpadl sie, czy
> telewizja polska przestala nadawac seriale, czy jakies inne ogromne
> nieszczescie dopadlo was ze z tego nieszczescia pomieszalo sie wam w
> glowach i w przyplywie szalenstwa przyjechaliscie do Kazachstanu.
> Przedsawicieli kazachskiego narodu polubilismy od razu i z calych sil.
> Niesposob im wytlumaczyc po co wyruszlismy na nasza wycieczke. Ciagle
> o to pytali. A my wiadomo NIEWIADOMOPOCO ! Dodatkowym bonusem w
> kontaktach z kazachskim ludkiem jest wystepujaca u wiekszosci z nich
> chec otrzymywania za wszystko pieniedzy. Jak zaklecie wymawiaja nazwe
> miejscowej waluty:"TIEGI". Pierwszy raz w naszych wycieczka zdarzylo
> nam sie ze ktos chcial kase gdy poprosiismy o wode. O dziwo dzieci w
> przeciwienstwie do rodzicow slowa tego niepoznaly. Sa nienachalne i
> gdy misie wysiadaja z plecakow ciesza sie nimi, i nie napraszaja sie o
> kolejne, za to chetnie z nami rozmawiaja. Rozmowy z doroslymi to
> nieustajace pytania: po ile w Polsce dolary, po ile chleb, ile
> kosztuje mieszkanie, ile ludzie zarabiaja (skad mam wedziec, nigdy nie
> pracowalem, tak przynajmniej twierdzi mama Jonasza), a co sie w
> Polsce wydobywa? Nastepnym razem wezme roczniki statystyczne. Zdarzylo
> nam sie jechac z rodzina kazachska zilem, ciezarowka z buda w ktorej
> obok gory butelek (wozili po Kazachstanie ajran -rodzaj jogurtu)
> jachala cala familja. Noca przykrylismy sie kocami powiedzielismy
> sobie ladnie"dobrnoc" i podrzucani na wybojach w kompletnych
> ciemnosciach jadac probowalismy zasnac. "Ram?(tak wymawiali moje imie)
> slysze glos przebijajacy sie przez loskot silnka. "A maszyny u was
> drogie?" Po glebokim namysle odpowiadam;"Drogie." Ciezko westchnol
> Kazach czy to z zalu nad nami ze tak u nas ciezko jest, czy tez ze nie
> kupi sobie w Polsce maszyny. I zasnol. Co mu sie snilo?
> Trasa nasza wiodla przez kazachstanskie stepy i duze miasta
> widzielismy tylko przejazdem. Miasta sprawiaja wrazenie zadbanych i
> wyposazonych w cywilizacyjne zdobycze, wioski sa za to duzo ciekawsze
> i wiele w nich zywych swiadectw z minionej epoki.
> Trzy dni przemiezalismu jakies 800 km droga ktorej nie bylo. To znaczy
> byla. Byla kiedys. Obecnie w jej szczatkowych fragmetach zieja ogromne
> kratery. Maszyny jada przez step. Kierowcy nazywaja ta trase "dolina
> smierci". Jasnobrozowa jak zbozowa kawa ziemia ubita brzez ogromne
> kola kamazow, zilow i gazow, twarda jak beton przyzdobiona jest
> najroznorodniejsza faktura spekan. Raz wyglada jakby jubiler bogato
> ponabijal w branzolete guzy szlachetnych kamieni, innym razem spekania
> wygldaja jak porowata skora slonia, najczesciej jednak mamy wrazenie
> jakby wielki waz w egzotyczne wzory wil sie przednami. Za dnia
> zmuszeni jestesmy patrzec na ptaszki samobujce. Stadka ptaszkow
> podrywaja sie do lotu gdy zbliza sie auto. I zamiast uciec w bok leca
> tuz przed autem. Noca zas malenkie susliki gdy juz sa w swietle
> samochodowych reflektorow pedza jak oszalale na droga strone drogi,
> przebierajac zwawo malenkimi lapkami. Albo robia sobie zaklady z
> kolegami kto przebiegnie blizej auta, albo tak im sie spieszy ze nie
> mogo poczekac, widocznie maja jakas pilna sprawe do zalatwienia.
> Zwylke spimy w stepie, czasami na mieciutkim piasku jak na plazy,
> innym razem trzeba moscic spanie wsrod krzaczkow roslinek ktore
> sympatycznie chrupia gdy na nie sie nadepnie sandalem, za to
> niesympatycznie kluja gdy dotknie sie gola skora. Zawsze gwiazdy nad
> nami. Czesto w nocy osol ryczy przerazliwie, wielblad wydaje odglosy
> kazda strona, najczesciej jest to przedziwne bulgotanie. To teror czy
> tenor?- pyta Jonasz. By po chwili sie martwic czy stado koni w nocy w > nas nie wejdzie.
>
> W Cimkiencie ugoscil nas Anarhan. Nakarmil, przenocowal, zaprosil do
> bani, gdzie w bani ostrzygl Jonaszowi fryzjer banie. A gdy juz sie tam
> zagotowalismy to pojechalismy do niego do domu i okazalo sie ze tam
> daliismy .... w banie. Anarhan jest patriotom. Powiesil sobie w domu
> nawet portret prezydenta. Co przyjemne byc nie moze bo prezydencka
> facjata estetyka przypomina brezniewoska.(Musialem prosic Jonasza by
> chociaz przed snem na nia patrzyl - co latwe nie jest, bo prezydent z
> dziecmi, prezydent wsrod lanow zboz, prezydent z kisciem winogron,
> prezydent w wosjkowym mundurze wisi jak kraj dlugi i szeroki na
> bilbordach.) Anarhan poprosil: Powiedz w Polsce ze jest taki
> Kazachstan, ze ma prezedenta Nazarbajewa, ze ma parlament a w nim 3-4
> partie. Ze w Kazachstanie jest nafta, gaz, uran, wszystko jest. Ze
> ludzie jedza chleb, mieso, arbuzy. Czym niniejszym prosbe Anarhana
> spelniam.
>
> Co do dalszych planow. Jest szansa na przekroczenie granicy z Kitajem.
> Wiec ze trzy dni pokrecimy sie w okolicy slynnego kirgiskiego
> jeziorka. I dalej ruszamy. Tempo wycieczki utrudnia pisanie. Ale moze
> w Kaszgarze kolejny. Gdyby sie nieudalo to wracamy przez republiki i
> Iran. (Filip- jak czytasz- wspominales ze ktos znajomy tu jest w
> konsulatach, wtedy bedzie nam potrzebny kontakt do pomocy w
> zalatwieniu wiz)
> Jonasz i Romek z misiami
Dnia 6-08-2009 o godz. 5:43 male misie napisał(a):
> Szimkient na poludniu Kazachstanu . Pewnie dzis bedziemy w Kirgizji.
> Doslownie mam minute bo kierowca zjechal z trasy i zaraz jedzie dalej.
> siedzi kolo mnie i calyczas mowi "bystro".
> Ma my tyle do napisania.
> Kazachstanie niezbyt latwo ale bardzo smiesznie. np droga 700 km
> zaznaczona na mapie w rzeczywistosci jej nie bylo, przejezdzja
> tamtedy tylko kamazy.
> Jonasz w kolku przezywa wynalezienie przenosnego prysznca. Nawet na
> stepie czasami wypada sie umyc. Nabieramy w plastikowe butelki wody.
> Wieczorem w zakretce robimy mala dziurke i dawaj namydlamy sie i
> polewamy. Jonasz bije rekordy. Wystaarcza mu dwa litry wody. Stojmy
> golutcy na stepie namydleni, i tylko wielblad caly czas mruczy,
> pierwszy raz widzial szczyt mysli technicznej bialego czlowieka
> Bystro bystro bystro
Dnia 30-07-2009 o godz. 9:23 male misie napisał(a):
> Elista stolica 30.07.2009
> Czesto tak jest iz w tym co jest male zyje wielki duch. Tak w
> niewielkiej Eliscie sa wielkie ambicje i piekne pragnienia. To miasto
> na krancu Europy, polozone na bezkresnym stepie, zamieszkale przez
> potomkow dzikich koczownikow mieni sie SWIATOWA STOLICA SZACHOW. Te
> piekne ambicje szczegolnie nas wzruszaja gdyz przypominaja nam nasz
> rodzinny grod ktory nieoszczedza sie w stawianiu przed soba ambitnych
> zadan i juz niebawem (bo juz w 2056r) bedziemy plywac w ogrodach.
> Czytelnikow z poza Szczecina zapraszam do zapoznania sie z idea
> floating garden i odwiedzenia miejsca w ktorym ta idea sie zrodzila.
> Goscinna Elista zatrzymala nas na jeszcze jeden dzien.
> Na peryferiach miasta gdzie step podchodzi pod bloki zobaczylismy
> pomnik ofiar represji stalinowskich. W wyniku ktorych zginelo 40%
> narodu kalmuckiego. Wieczorny spacer glowna ulica miasta roswietlona
> jak na Boze Narodzenie mial ukolysac nas do snu. Jednak niepredko bylo
> nam dane zasnac tego wieczoru. Rozbudzily nas sportowe emocje. Na
> glownym placu zobaczylismy walke czarnych z bialymi. Na wylozonej
> marmurowymi plytkami szachownicy o boku okolo 5 metrow trwala zazarta
> walka. Plastikowe figury wysokie na pol metra w sprawnych rekach
> graczy zbijaly sie az milo. Kibice siedzac na lawkach w ciszy tak
> ciezkiej ze az glowa mogla rozbolec przezywali walke. Jedni zagryzali
> palce, inni zakrywali oczy, jeszcze inni podskakiwali na lawce tylko
> jeden szelescil reklamowka gdy ja rozchylal by z schowanej w niej
> buteleczki malymi lyczkami popijac wodeczke. Gracze przyjeli rozne
> style walki. Zawodnik w czarnych okularach grajacy czarnymi gral
> pomalu, podchodzil do figury bral pomalu niczym ciezar na silowni i
> przenosil ja i dokladnie stawial. Calkiem inny styl walki grajacego
> bialymi. Ubrany w dres zdecydowanie podchodzil do figury wrecz
> podbiegal i jakby chcial cisnoc kula z rozmachem je stawial. Zbite
> figury przeciwnika bez pardonu wyrzucal za pole walki. Ciagle w ruchu,
> niczym konik przeskakiwal to tu, to tam lub niczym wieza przebiegal
> wzdluz calego pola bitwy by obejrzec go z innego miejsca. Nawet gdy
> czekal na swoj ruch wymachiwal rekoma by nie ostygnac. Przyznac trzeba
> ze ten styl dawal dobre rezultaty, bo rozgromil wielu. Wsrod ciekawych
> zawodnikow zauwazyc nalezy grajacego stylem fudbolowym. Ten figury
> pchal do boju kopiac je noga. Tak kopiac skopal czarnego konia. Gral
> staruszek ktory potykal sie o pionki i mloda dziewczyna niczym krolowa
> przemierzala pole walki i lysy jak goniec chlopak i sztywny jak wieza
> elegancki pan i zagral Jonasz. Wejscie Jonasza do walki poruszylo
> kibicow. Na lawkach przeszedl szmer "innastraniec". Lysy przeciwnik
> Jonasza z lagodnym usmiechem gral czarnymi. Dosc szybko usmiech zszedl
> mu z twarzy za to na czole pojawily krople potu. Przy tym meczu cicho
> nie bylo. Pojawili sie doradcy i tak zaczeli podpowiadac ze Jonasz
> krzyczac "ticho, ticho" specjalnie nie obronil krolowej bo chcial grac
> samodzielnie. Ale nawet gdy zginela krolowa drogo oddal swoja skore.
> W szczesliwych czasach gdy we wrzesniu pani na rosyjskim pytala co
> robilem w wakacje. Zawsze odpowiadalem: igralem w szachmaty i... Jesli
> dalej tak pojdzie to przed nami ; ja sabirol griby i jagody.>
> Jonasz i Romek z misiami z ze swiatowej stolicy
> P.S.
> Postanowilismy zabrac tytul swiatowej stolicy i przywieziemy go do
> Szczecina.
> Szczecin stolica wszechswiata!
> UWAGA 1 > Jak piszecie do nas, to nie uzywajcie ikonki "odpowiedz". Tylko
> piszcie nowy list.
> UWAGA 2 > Czesto niemamy dostepu do internetu. Jak bedziemy mogli skorzystac z
> komorek kierowcow to bedziemy wysylac esemesy z nazwa miejscowosci w
> ktorej jestesmy. Zamieszczane one beda na stronie
> www.podroznik.szczecin.pl
> Dnia 26-07-2009 o godz. 12:20 male misie napisał(a):
> Gdzies na zachodnim Krymie 26.07.09
> Na Krymie krotko ale tresciwie. Dwa morza. Morze Czarne i Azowskie Morie.
> Czlowiek byl glupi i sie nie wierzyl. A w czytankach do rosyjskiego
> bylo tyle pieknych opisow kanikul na azowskim morie i czrnym morie.
> Musialem sam zobaczyc by sie przekonac.
> Miedzyzdroje musza sie jeszcze bardzo postarac.
> Pierwsza plaza nad Czarnym Morzem przystrojona puszkami i butelkami,
> ze czas nas goni z zalem ja opuszczamy i jedziemy nad Azowskie pare
> kilometrow dalej.
> Przjezdzamy do jakiejs wczasowej wioski noca i uwierzyc nie mozemy. Te
> iluminacje. Swieci, blyszczy i mieni sie doslownie wszystko. Neony,
> karuzele, automaty do gry, sklepy spozywcze, spacerujace panny
> polyskuja swojimi wycekinowanymi bluzeczkami. panom wedrujacym w
> samych spodenkach blyszcza puszki piwa i obnazone klaty. Oczy bola.
> Do tego "muzyka" z kazdego puktu gastronomiczno- pamiatkowego grzmi na
> maxa. Nic nie slychac. Utwory marcinDaniecpodobne w naszych kurortach
> to mily szmerek przy tym.
> Zatkalismy uszy i troszke porysowalismy. Udalo sie zarobic na zakupy w
> sklepie i pare minut internetu.
> Powedrowalismy spac na plaze. Niebo gwiazdziste nad nami a obok brzdek
> butelek i gwar imprez. Gwiazdy tej nocy spadaly co chwile, ze zabraklo
> nam zyczen i w koncu zasnelismy.
> Rano obudzilo nas jakies rytmiczne mlaskanie. To ogromna wczasowiczka
> wklepywala w siebie olejek do opolania. Czyniac z siebie wielka
> skwarke. Ruszyl front plazowy - wyszeptal Jonasz owierajac oczy.
> Sprawnie przystapilismy do czynnosci plazowych, tzn wymoczylismy sie w
> morzu i prowadzilismy naukowe obserwacje. Pierwsze plaze zajely
> osobniki zwane w tutejszym jezyku babuszkami. Jak to maja w swojim
> zwyczaju wszedzie musza byc pierwsze wiec i plaza od rana pelna jest
> babuszek tachajacych wielkie torby, rosposicierajacych koce, kopiacych
> dolki, moczacych konczyny by zachwile wymienic uwagi na temat
> temperatury wody i pogody z sasiadka z najblizszego dolka. Troche
> pozniej zaczynaja sie spacery wzdluz brzegu meskich osobnikow z dumnie
> wypietym brzuszkiem i opietymi slipkami i przystrojonych w kapelusze
> koloru maskujacego. Prawdziwy mezczyzna zawsze jest czujny. Niestety
> gdy zaczely sie schodzic nieco mlodsze osobniki Jonasz powiedzial ze
> nie mamy czasu i kazal szukac internetu.
Dnia 26-07-2009 o godz. 12:20 male misie napisał(a):
> Gdzies na zachodnim Krymie 26.07.09
> Na Krymie krotko ale tresciwie. Dwa morza. Morze Czarne i Azowskie Morie.
> Czlowiek byl glupi i sie nie wierzyl. A w czytankach do rosyjskiego
> bylo tyle pieknych opisow kanikul na azowskim morie i czrnym morie.
> Musialem sam zobaczyc by sie przekonac.
> Miedzyzdroje musza sie jeszcze bardzo postarac.
> Pierwsza plaza nad Czarnym Morzem przystrojona puszkami i butelkami,
> ze czas nas goni z zalem ja opuszczamy i jedziemy nad Azowskie pare
> kilometrow dalej.
> Przjezdzamy do jakiejs wczasowej wioski noca i uwierzyc nie mozemy. Te
> iluminacje. Swieci, blyszczy i mieni sie doslownie wszystko. Neony,
> karuzele, automaty do gry, sklepy spozywcze, spacerujace panny
> polyskuja swojimi wycekinowanymi bluzeczkami. panom wedrujacym w
> samych spodenkach blyszcza puszki piwa i obnazone klaty. Oczy bola.
> Do tego "muzyka" z kazdego puktu gastronomiczno- pamiatkowego grzmi na
> maxa. Nic nie slychac. Utwory marcinDaniecpodobne w naszych kurortach
> to mily szmerek przy tym.
> Zatkalismy uszy i troszke porysowalismy. Udalo sie zarobic na zakupy w
> sklepie i pare minut internetu.
> Powedrowalismy spac na plaze. Niebo gwiazdziste nad nami a obok brzdek
> butelek i gwar imprez. Gwiazdy tej nocy spadaly co chwile, ze zabraklo
> nam zyczen i w koncu zasnelismy.
> Rano obudzilo nas jakies rytmiczne mlaskanie. To ogromna wczasowiczka
> wklepywala w siebie olejek do opolania. Czyniac z siebie wielka
> skwarke. Ruszyl front plazowy - wyszeptal Jonasz owierajac oczy.
> Sprawnie przystapilismy do czynnosci plazowych, tzn wymoczylismy sie w
> morzu i prowadzilismy naukowe obserwacje. Pierwsze plaze zajely
> osobniki zwane w tutejszym jezyku babuszkami. Jak to maja w swojim
> zwyczaju wszedzie musza byc pierwsze wiec i plaza od rana pelna jest
> babuszek tachajacych wielkie torby, rosposicierajacych koce, kopiacych
> dolki, moczacych konczyny by zachwile wymienic uwagi na temat
> temperatury wody i pogody z sasiadka z najblizszego dolka. Troche
> pozniej zaczynaja sie spacery wzdluz brzegu meskich osobnikow z dumnie
> wypietym brzuszkiem i opietymi slipkami i przystrojonych w kapelusze
> koloru maskujacego. Prawdziwy mezczyzna zawsze jest czujny. Niestety
> gdy zaczely sie schodzic nieco mlodsze osobniki Jonasz powiedzial ze
> nie mamy czasu i kazal szukac internetu.
Dnia 26-07-2009 o godz. 11:17 male misie napisał(a):
> Jestesmy na wschodnim Krymie
> Jesli sie uda to dzis przeplyniemy na Kuban w Rosji.
> mam tylko 5 minut na pisanie wiec dluzej bedzie za pare dni.
> Po dluzych naradach postanowilismy gnac do Kirgistanu bez
> zatrzymywania sie. jesli granica z chinami bedzie zamknieta to tam
> zalatwiamy powrotne wizy i dluzej rozejrzymy sie na miejscu.
Dnia 22-07-2009 o godz. 9:32 male misie napisał(a): Lublin 22.07.09
> Babcia Basia zegnajac nas wreczyla nam paczke ciastek; To na droge.
> Jonasz zadreczal mnie pytaniami; Dlaczego mamy ukladac ciastka na
> drodze? Niewiadomopoco drodze te ciastka?
> Gdy dzieki uprzejmosci kolegi Wojtka znalezlismy sie na drodze za
> Szczecinem , zaraz przystapilem do ukladania ciastek. Ciastka
> wygladaly dziwnie na drodze. Ale Babcia powiedziala wyraznie: To na
> droge. Na pewno wie co mowi. Jonasz z zalem przygladal sie
> ciastkom. Gdy zobaczyl wyjezdzajace zza zakretu samochody, wybiegl na
> droge, z okrzykiem; Nie pozwole was skrzywdzic. I szybko je pozbieral,
> i jeszcze szybciej je zjadl. Niewiadomopoco. Co my teraz Babci
> powiemy.
> UWAGA! > Czesto niemamy dostepu do internetu. Jak bedziemy mogli skorzystac z > komorek kierowcow to bedziemy wysylac esemesy z nazwa miejscowosci w > ktorej jestesmy. Zamieszczane one beda na stronie
> www.podroznik.szczecin.pl > Jonasz i Romekz misiami
> W przygotowaniach i pomocy do wycieczki udział wzięli:
> -Piotr Strzezysz
> -pomoc w załatwieniu wiz: www.wizacenter.pl -Miasto Szczecin -Marek > Szymański -Tadeusz -Teresa Zańko -Piotr Królewski
> - Piotr Kościukiewicz
> -Agnieszka Tomaszewska
> -misie przekazala Maja Tomaszewska
> -Ala Mucha
> -Paweł Buluk
> -plecak Jonaszowi sprawil: www.sailandrock.pl -Wojtek Zackiewicz > -Małgorzata Jacyna-Witt
> -Stowarzyszenie Kreatywni dla Szczecina
> relacje z naszej wycieczki na www.podroznik.szczecin.pl
> Nasz numer konta to: 78103000190109851726780017 właściciel Agnieszka Kasperska (mama Jonasza)
Dnia 20-07-2009 o godz. 9:10 male misie napisał(a):
> Startujemy po 13tej, z Pod sukniami.
> Kierunek Warszawa (jeden nocleg), Kijow, Rostow nad Donem